18 maja 2013

DAMNED GENERATION - thriftoholic&YANEETCH&SkarbyzSzafy oraz social media, których nie lubię, a przydałoby się.

No i stało się. Odkąd wczoraj wróciłam z półtoratygodniowego wypadu do stolicy nie mogę usiedzieć na miejscu i staram się w jakikolwiek mniej czy więcej kreatywny sposób wyładować swój zadziwiający napływ energii (szczerze, rzadko mi się zdarza miewać takie odczucia). Początkowo planowałam zaledwie spędzić w mieście 4 dni, ale zbyt ciężko było mi się rozstać ze wspaniałymi ludźmi, z którymi trudno nawet było złapać oddech, ponieważ zawsze coś się działo. Przeklęta Warszawa.

Podczas dziewięciu niesłychanie intensywnych dni udało mi się zrobić więcej niż w Łodzi staram przez miesiąc. Kompletnie nie potrafię powiedzieć jak to działa, choć jedyne wytłumaczenie, które się nasuwa to obecność ludzi, którzy naprawdę wierzą w to co robię i dają mi niewyobrażalnego kopa motywacyjnego. Stąd powstały aż cztery sesje zdjęciowe. Patrząc na tytuł posta, właśnie dziś zamieszczam jedną z nich.



Nie będę kłamać, zwykle wyzbywam się tego typu zdjęć, ponieważ zwyczajnie nie trafiają w mój gust, aczkolwiek widząc efekty końcowe ciężko było mi się nie przekonać. Stylizacja stylizacją, totalnie oldschoolowa, grunge'owa i na luzie, z premedytacją "skonstruowana" na potrzeby zdjęć. Uważam, że to będzie dobra odskocznia od minimalizmu i subtelności  która często gości na blogu. Wciąż szukam swojego stylu, czasem udaje się to w większym bądź większym stopniu, stąd to urozmaicenie. Tak czy inaczej kolejna stylizacja będzie z pewnością powrotem do prostoty, bo to właśnie w tym kierunku chcę iść. Zdjęcia na których znajduję się ja oraz mój dobry znajomy Bazyl Mach wykonała Katarzyna Janicz, organizacją zajęły się przeurocze dziewczyny z vintage shopu Skarby z Szafy. Wykorzystaliśmy w tym kierunku szereg niebanalnych miejscówek w barze Czystaojczysta. Całej ekipie, serdecznie dziękuję za profesjonalizm i sympatyczną atmosferę.



Po długim namyśle zdecydowałam się na założenie strony na portalu Facebook. Szczerze mówiąc, nie jestem najlepsza w autopromocji, ba - kompletnie mi to nie wychodzi. Po namowach przyjaciół ugięłam się. Bywając w przeróżnych miejscach wciąż jestem pytana czym się zajmuję i interesuję. Z racji, że dotychczas nie posiadałam "swojego", konkretniejszego miejsca w sieci, gdzie mogłabym publikować efekty zarówno mojej działalności jako modelka, stylistka, fotograf czy BLOGERKA (kurczę, jak mnie drażni to określenie) pomysł z fanpage'm wydał się całkiem sensowny.



14 maja 2013

Iron


Tym razem powtórka z rozrywki, choć w całkowicie innej wersji. Chwilowo odstawiłam klasyczną paletę barw na korzyść soczystych kolorów. Wykrojony top z poprzedniego posta oraz klasyczne szpilki z Zary w dzisiejszej stylizacji nabierają odmiennego, casualowego charakteru. Zestawionie ze zbyt dużą, oversize'ową dżinsową kurtką - cholernie wygodną i nieco oldschoolową (pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że jest dosyć hipsterska) sprawia, że elegancja ustępuje nonszalancji. 



Uzupełnieniem tym razem jest wzorzysty plecak z VintageShopu, legginsy typu "wet look". Tryb eksperymentowania z kolorami i patternami oficjalnie uważam za rozpoczęty. Jestem w konsternacji - nie wiem czy to kapitalna pogoda czy też wyjątkowo dobry humor działają na mnie motywacyjnie, aczkolwiek efekty możecie ocenić sami.



Ogroomne podziękowania dla Karoliny Chudyby, która wykonała zdjęcia oraz dla Spalonego Tosta za cudowne towarzystwo i pomoc!

06 maja 2013

Ease my mind

Wspaniały, owocny poniedziałek. Spontaniczne zdjęcia z najbardziej zdolną i najwspanialszą osobą jaką dane mi było poznać jak zwykle nie dały mi powodu do rozczarowań. To jedyna osoba, która poprzez długoletnią znajomość zna moje mocne strony zarówno jak i te słabsze i bezpretensjonalnie potrafi je doskonale uchwycić nie zapominając również o emocjach. Taka miała być poniekąd ta sesja, choć planowana w modernistycznym otoczeniu przerodziła się jednak w coś niebanalnego. Efekty widzicie sami, moim skromnym zdaniem - rezygnacja z minimalistycznego miejsca dla pleneru okazała się być korzystnym posunięciem.



Stylizacja bez wszelakich udziwnień. Do mocno wyciętego nożyczkami klasycznego tank topu dobrałam klasyczny, gładki biustonosz bez ramiączek. Szaleję za tym bardzo luzackim jak i efektownym połączeniem, no i co najlepsze - świetnie sprawdza się przy upałach, ze względu na to, że wycięcia odkrywające ciało nie wydają się być wulgarne. 




Całość uzupełniłam skórzaną spódnicę z Topshopu typu "A line", moimi ulubionymi, klasycznymi szpilkami z Zary i kapitalną, niemal pasującą do wszystkiego białą marynarką z Mango. 



I na koniec bonus - jeśli chcecie zobaczyć regularną sesję o tematyce całkiem z innej beczki, która powstała tego samego dnia to serdecznie zapraszam na bloga mojej fotografki oraz strony na Facebook'u





28 kwietnia 2013

Ingenue

          Dziś krótko i na temat. Jestem właśnie w trakcie przygotowywania obszernej relacji z ósmej edycji łódzkiego tygodnia mody i zaręczam, że nie jest to wcale takie łatwe zadanie, zwłaszcza, że wena ostatnio szczególnie mi nie dopisuje i wykrztuszenie z siebie najmniejszego sensownego zdania sprawia mi nie lada trudności.

This time it’s going to be quite short and pertinent. Right now, I’m about to prepare an extensive report from 8th edition of FashionPhilosophy Poland and I swear that in fact it’s a truly big deal and demanding task. Especially during the time when my mood can’t really let me write, because of that any attempt to bring out such a piece of meaningful phrase is giving me a headache. 

          Z racji, że z ostatnio dodanej stylizacji nie jestem usatysfakcjonowana w najmniejszym procencie dziś postanowiłam dodać zdjęcia stylizacji bardzo "mojej". Totalny minimalizm, klasyczne formy oraz kroje. No i oczywiście ubogość w palecie barw, choć w dobrym tego słowa znaczeniu. Szczerze, nie wiem skąd bierze się ta zachowawczość zarówno na polskich ulicach jak i w większości kolekcji rodzimych projektantów, ale mnie bynajmniej to nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie. Szalenie uwielbiam prostotę - w formie jak i w gamie kolorystycznej.

To be honest, I’m not really satisfied with the styling from the previous post so I decided to add another, the one which is truly “mine”. Complete minimalism, classic forms and cuts. There’s also reduced colour palette, but I hope in a good meaning. Genuinely, I have no idea where conservatism in polish fashion come from, but actually, It doesn’t bother me. On the contrary, I’m in love with simplicity – both in form and colour gamut.




          Straciłam już wszelką nadzieję, że rurki wdzięcznie opuszczą nasze szafy ustępując miejsca swoim koleżankom z szerokimi nogawkami. Z racji mojej filigranowej sylwetki, a zwłaszcza chorobliwie szczupłych nóg zwykłam czuć się najlepiej w spodniach luźnego typu. Te tutaj, mają krój prawie idealny, wciąż szukam podobnych lecz z wysokim stanem. W ramach kontrastu, sięgający niewiele za pępek top typu "turtleneck" nabyty w Topshopie. Swoją drogą to jeden z moich najlepszych nabytków, pasuje absolutnie do wszystkiego i dodają do każdej stylizacji nieco wysublimowania. Kolejno, mój ukochany płaszcz ze skórzanymi rękawami z ubiegłorocznej kolekcji Zary. Jestem zakochana jego prostocie, sprawdza się przy sukienkach, jeansach tak jak i przy trampkach i szpilkach. Jest on nieco unisex, dlatego dodaje do każdego zestawu odrobiny męskiego sznytu. 

I’ve lost all of my hopes that skinny pants will gracefully leave our wardrobe in favour of their old friends – pants with all the types of boot cut. Owing the fact that I’m a really filigree person with terrible skinny legs I used to feel comfortable in loose or sometimes sloppy pants. This one, has almost the perfect style but I’m still looking for the high-waisted one. As a part of a contrast I’m wearing short turtleneck top from Topshop. By the way – it’s one of my favourite purchases. It suits to almost everything and adds to all kind of stylizations a little bit of elegancy. Next, my beloved black coat with leather sleeves from Zara’s last year’s collection. I’m in love with its minimalistic character, it goes perfectly with dresses, jeans as much as sneakers and high heels. Quite unisex I think, because of that this perfect coat adds a bit of male elegance to styling.



          Zwolenniczką biżuterii bezsprzecznie nie jestem, za dodatki odpowiada mi zawsze szminka - tutaj czerwona oraz srebrny lakier do paznokci. Kopertówkę, którą widzicie zaprojektowałam i uszyłam RĘCZNIE (efekt nudy, swoją drogą - straszna katorga) z różnych rodzajów skóry oraz zamszu. Nawet nie sądziłam, że kiedykolwiek zdołam ją wykorzystać, ponieważ powstała na drodze recyklingu - wolne, bezużyteczne skrawki materiału nie mogły się jednak zmarnować! A tu niespodzianka, nie dość, że pasuje do niemal wszystkiego to na dodatek jest niesłychanie poręczna i pojemna. Całość uzupełniłam klasycznymi, zamszowymi szpilkami w szpic z New Looka.

I’m not into jewelry, red lipstick and silver nail polish filled up my whole look. A clutch you can see is actually designed and sewed by me (perfect product of boredom, by the way – sewing is such a hard labor!) from the different pieces of leather and suede. I didn’t even think that I’m going to use it anyway, it was created in the way of recycling – I just couldn’t let this lovely pieces of materials to be wasted! Surprise, it’s really handy and capacious. Whole outfit was completed by classic, suede pointy heels from New Look. 





27 kwietnia 2013

FashionPhilosophy Fashion Week Poland Day 1


Ósma edycja łódzkiego tygodnia mody już za nami. Z własnych obserwacji muszę stwierdzić, że jednak marna ze mnie blogerka, no nie oszukujmy się  - systematycznością nie grzeszę.  Stąd relacje pojawią się z nieznacznym poślizgiem.  Będąc na pokazach, niewdzięcznie siedząc jak najdalej od pierwszych rzędów, czekając na co raz to bardziej rozczarowujące pokazy  zdarzało mi się nie raz podglądać znane osobistości zasiadające jak najbliżej wybiegu. Nie wiem czy to odpowiednia postawa jak na początkującą blogerkę – ale muszę się przyznać, że zamiast gorączkowego tweetowania oraz zamieszczania co raz to nowych zdjęć z danej kolekcji na instagramie bez wątpienia wolałam skupić się na tym co w danym momencie działo się na pokazie.

Po trudach i znoju akredytacji  nie udało mi się załatwić (tak to bywa, kiedy nie jesteś wystarczająco sławny) czego jakoś szczególnie nie żałuję. Ograniczyłam się jedynie do zdobycia zaproszeń na pokazy, które najbardziej mnie interesowały.  Szczegółowa relacja dotycząca kolekcji, którym udało się mnie zauroczyć bądź też zniesmaczyć w następnym poście.

Atmosfera w tym sezonie mnie rozczarowała, choć może to tylko moje odczucie. Nawet nie potrafię tego sensownie uargumentować, najzwyczajniej takie rzeczy po prostu można odczuć. Do skromnej listy plusów dorzucam fakt, że w tym roku znacznie mniej było ludzi przebranych, a więcej tych naprawdę inspirujących i niebanalnych, oczywiście zdarzały się charakterystyczne jednostki na które jedynie kręcono nosem.

Głębsze relacje już wkrótce, w międzyczasie pozostawiam Was z pierwszą stylizacją. Do dosyć prostego zestawu jakim jest oversize’owy tank top, jeansy w stylu boyfriend oraz skórzanej kamizelki dorzuciłam fantastyczną kopertówkę INVUU London w charakterystyczny dla Prady pattern oraz klasyczne szpilki w szpic z New Looka. Sprawę biżuteryjną załatwił złoty chain. No i nie obyło się bez szminki, która zawsze dopełnia mi całą stylizację.  Zwolenniczką kolorów zdecydowanie nie jestem, ale uwielbiam eksperymentować, mam nadzieję, że tym razem na plus. 

( narzekam na ilość zdjęć poniższej stylizacji, światło zdecydowanie nie sprzyjało, obiecuję zrewanżować się w nastepnym poście)




pics Dorota Banasik, dziękuję!





05 kwietnia 2013

DLACZEGO NIE WARTO BYĆ MODNYM? – subiektywnie o trendach i polskiej modosferze.


        Fatalna, niekończąca się opowieść i nie mówię tutaj o słynnej baśni z 84 roku bo tym razem rolę główną gra tutaj zima. Mroźna, nieprzyjemna z lodowatym wiatrem kłującym w oczy, nie wspominając już o skostniałych dłoniach, odmarzniętych kończynach ciała, śniegu bezczelnie wkradającym się w nasze designerskie buty i czerwonym nosie, któremu żaden makijaż nie daje rady. Tutaj natomiast zachodzi przykra reakcja łańcuchowa, ponieważ jestem zmuszona do zaszycia się pod kolosalną warstwą ciepłych swetrów i kołder z rozgrzewającą kawą w ręku, w związku z czym nowych stylizacji brak. Pozwolę sobie przytoczyć komiczną wypowiedź mojego znajomego Adama, który w debacie o panujących warunkach pogodowych uknuł teorię twierdzącą, że nastąpiła nieoczekiwana katastrofa klimatyczna o której rządy świata nie chcą nas poinformować oraz zimy nie będzie. Żartując, być może to to jest właśnie ten (nieco spóźniony) koniec świata o którym dudnił cały świat w zeszłym roku? Oczywiście mogłabym się wystroić, założyć szpileczki i w nonszalancko rozpiętym, wiosennym płaszczyku bezwstydnie wyjść na ulicę aby porobić zdjęcia na bloga, ale niestety wydaje mi się, że do fashion victim zawsze było mi daleko, a przy -16 stopniach co najwyżej mogłabym pokazać się w kombinezonie narciarskim. W sumie niezła opcja, tego jeszcze nie widywałam na żadnych stronach typu „street wear”, czas chyba to przemyśleć.

Zatem żeby nie zaniedbywać bloga, który został wraz z moją osobą bardzo ciepło odebrany (za co wielkie uściski dla was - nawet nie wiecie jak wspaniałego dostałam kopniaka motywacyjnego) zebrałam się na kilka zdań o aktualnych trendach w polskiej modosferze. Więcej grzechów nie pamiętam, ale szczerze obiecuję poprawę. Moja rodzicielka po wielomiesięcznych prośbach, modłach i błaganiach o nowiuteńki aparat fotograficzny w końcu ugięła się. Trochę wstyd, że osoba po uszy zakochana w fotografii i nieustannie realizująca się w tym temacie z miną kota z kultowego Shreka musi wiecznie błagać znajomych o zagospodarowanie czasu na kilka zdjęć, ale nie da się ukryć - stanowi to dla mnie i dla nich ogromne obciążenie. Decydując się na post o polskiej modzie, rodzimych projektantach i o tym co aktualnie w trawie piszczy kieruję się przede wszystkim długoletnią obserwacją. Nie chciałabym być odebrana niewłaściwie, wszystko co przeczytacie niżej jest zaledwie moją własną, bardzo subiektywną opinią. Dlatego jeśli jesteście rozczarowani brakiem kolejnej stylizacji i znudzeni polecam kliknięcie w prawy górny róg z takim czerwonym przyciskiem „x” i odwiedzenie bloga ponownie za jakiś czas, chyba, że jednak interesuje was co mam do powiedzenia, wtedy będzie mi ogromnie miło jeśli dotrwacie jeszcze troszeczkę dalej .

Jestem rozczarowana, ba, jest mi cholernie przykro patrzeć na to co się dzieje z modą w naszym kraju. Prawda jest dosyć okrutna – nie doceniamy naszych designerów. Nie da się ukryć, że większość z nas w celu zakupów woli udać się do pobliskiej sieciówki, gdzie serwują nam często tandetne, o katastrofalnej jakości szmaty (przepraszam, ale niestety nie znalazłam grzeczniejszego synonimu), a my bądź co bądź, z pragnienia bycia MODNYM i zauważonym łykamy haczyk. Nie ma się co dziwić, marketing zbiera żniwa – zatrudnianie gwiazd do katalogów, kolorowe banery oślepiające nas w najbardziej absurdalnych miejscach, wymuskane modelki i dopięte na ostatni guzik, dopracowane sesje zdjęciowe promujące daną markę, a nawet rozmieszczenie asortymentu w sklepie. Czynników jest wiele, to tylko kilka z tych na które dajemy się złapać, po czym rozradowani kierujemy się na oślep do kasy oglądając jak nasz portfel mizernieje w oczach. A wystarczy rozejrzeć się dookoła, mamy tyle różnorodnych projektantów tworzących naprawdę fantastyczne i unikatowe projekty. Oczywiście, czasami ceny nie budzą zachwytu i nie każdy może pozwolić sobie nawet na t-shirt od czołowego designera, ale zapewniam, że wystarczy odrobina chęci i czasu, żeby znaleźć coś na własną kieszeń, no i co najważniejsze – coś „naszego”, w czym można wyrazić siebie, w mniejszym bądź większym stopniu. No i warto pamiętać, że to jakość, nie ilość jest najbardziej istotna.  Plusów z posiadania czyjegoś wytworu jest niesłychanie dużo – wspieramy polską modę, mamy pewność, że kupujemy wartościowy, oryginalny produkt no i co również fajne, nie trzeba się martwić, że co druga napotkana osoba będzie miała na sobie dokładnie to samo. Chciałam przedstawić kilku moich faworytów, ale po namyśle stwierdziłam, że nie będzie to istotne zważywszy na fakt, że każdy z nas ma swój własny gust. Osobiście kocham się w minimalizmie, ale nie ukrywam, że lubię też przepych bo akurat w modzie podobają mi się skrajności. Stąd uwielbiam projekty Agaty Bieleń, jej nowoczesność i prostotę w postaci biżuterii ze stali szlachetnej. Zakochana jestem również w warszawskim brandzie UEG za fantastyczne materiały i indywidualizm oraz Nenukko za uniseksualizm. No i oczywiście kapitalny Jakub Pieczarkowski, który uwiódł mnie zarówno świetnymi basicowymi t-shirtami jak i burzą kolorów, faktur i tkanin na pokazie S/S 2013 podczas łódzkiego tygodnia mody.






Z ręką na sercu, patriotką nigdy nie byłam, ale z rozwoju polskiej mody jestem naprawdę dumna. Skoro już tak się nachwaliłam czas na kilka słów goryczy. Niedobrze mi się robi kiedy widuję na ulicach osoby ślepo podążające za trendami. Czemu to niby ma służyć? Modą trzeba się bawić, eksperymentować – to rozumiem, ale kiedy zdarza mi się ujrzeć niewiastę mającą wszystkie możliwie „modne” (tak naprawdę, często już wychodzące z sezonu) fatałaszki na sobie mimowolnie odczuwam odruch wymiotny. A jest ich kilka, które całkiem znośnie wyglądają kiedy są zestawione z przemyślaną stylizacją i współgrają jako uzupełnienie, dodatek. Tylko i wyłącznie. Jest ich mnóstwo – neony, czapki typu „beanie” z kretyńskimi napisami „fuck”czy „commes des fuckdown” parafrazując japoński dom mody. Następnie, trend moro przejawiający się w najgorszej postaci czyli ubrania w motywie kamuflażu z dodatkiem ćwieków wciśniętych gdzie się da. Tu z kolei powrót do ćwieków, obecnych już na możliwie wszystkich rodzajach odzieży, obuwia oraz akcesoriów. No i mój absolutny „faworyt” – bluzy, t-shirty oraz legginsy przedstawiające niezliczony szereg motywów – fast foodu, wybuchów czy też innych kataklizmów, galaxy (zdecydowanie ten najgorszy, wzburzający krew w żyłach), zwierząt, malarstwa, krajobrazu. Sklepy oferujące kolekcje tych produktów, na marginesie – w zastraszających cenach wyrastają jak grzyby po deszczu prześcigając się w co raz to głupszych nazwach. Żeby nie przedłużać zakończę na full capach. Tak, nie ma nic bardziej irytującego jak kobieta święcie przekonana, że gdy założy jakąś lanserską czapkę to będzie wyglądać w niej wyjątkowo luzacko i stylowo. Zdarza mi się również usłyszeć, że dziewczyny specjalnie decydują się na zakup full capu, żeby spodobać się chłopakom z racji na męski charakter tego dodatku (o, zgrozo).

Przyznaję się, z prawie każdym z powyższych trendów styczność miałam, ale nigdy nie zdecydowałabym się na przemycenie każdego z nich do swojej stylizacji, to dość niezdrowe. Jak już wspomniałam, moda to zabawa i sposób na wyrażanie własnej osobowości, a trendami należy się bawić z umiarem. Mam nadzieję, że w jakimś stopniu się ze mną zgadzacie. No i czy nie sądzicie, że warto rozmyślić możliwość kupna oryginalnego projektu designera zamiast sieciówkowego trendu? Jestem ciekawa waszego zdania na ten temat!

26 lutego 2013

talk show host

Początki niezaprzeczalnie bywają trudne. Od piętnastu minut gapię się wstydliwie na pustą kartkę w edytorze tekstu z nadzieją, że pisanie o modzie przyjdzie mi równie łatwo jak tworzenie codziennych stylizacji. W słuchawkach rozbrzmiewa mi piosenka ukochanego zespołu mojej przyjaciółki - Radiohead , której nazwy użyłam również jako tytułu dzisiejszego posta.




Jeśli mam być do końca szczera, właściwie nie wiem od czego zacząć. Niedawno stuknęła mi osiemnastka, natomiast wiek nijako się ma co do moich doświadczeń życiowych. Żeby nie kłamać – czuję się jak dojrzała czterdziestka zważywszy na szereg umiejętności jaki udało mi się nabyć . Decydując się na bloga modowego (z nutką żałości w głosie muszę przyznać, że sam proces trwał dosyć długo) głównym zamiarem było dzielenie się jakkolwiek to nazwać – moim dorobkiem artystycznym z szerszym gronem niż mama czy garść najbliższych znajomych. Mam szczerą nadzieję, że uda mi się robić to solidnie i systematycznie. W branży modowej działam już kilka dobrych lat, a wszystko nabrało tempa odkąd zaczęłam pracować jako modelka. Nie ukrywam, że sztuka oraz powiązane z nią dziedziny były obecne w moim życiu odkąd tylko pamiętam, wszystko z zasługi taty – niespełnionego fotografa oraz mamy, która niegdyś pląsała się wdzięcznie po wybiegach i pozowała do ekskluzywnych katalogów biżuterii. Już jako mały brzdąc nauczyłam się dostrzegać piękno w otaczających mnie pozornie nieistotnych rzeczach. Potem wszystko potoczyło się już dość szybko – sesje fotograficzne, masa nowo poznanych, inspirujących ludzi, zainteresowanie całym procesem powstawania jednego zdjęcia – makijaż, dobór ubrań i dodatków. No i wpadłam po uszy, zakochałam się w modzie, ta szaleńcza miłość (mam nadzieję, odwzajemniona) trwa już niesłychanie długo i nie zapowiada się na płaczliwie rozstanie. 

 


Z biegiem czasu nabrałam ogromnego dystansu do chwiejnego i burzliwego świata mody, a moje doświadczenie w zawodzie pozwoliło mi nie tylko zetknąć się z nim od kulis, ale również skłoniło mnie do wielu głębszych czy też płytszych przemyśleń na jego temat. Stąd cała zaistniała sytuacja z pomysłem stworzenia mojej małej przestrzeni w niezbadanych otchłaniach internetu, gdzie będę mogła dzielić się Wami częścią mnie i mojego, w ogromnej części modowego życia. Żeby nie przedłużać, na koniec kilka słów o poniższej stylizacji. Główną inspiracją był niewymuszony, nieco nonszalancki London Look. Luźne, przedarte spodnie z second handu typu „boyfriend jeans” oraz najzwyklejszy biały t-shirt przełamałam elegancką i dosyć klasyczną białą marynarką z Mango. Grunge’owym akcentem są tutaj białe martensy, które zestawione z futrem z Asosa tworzą pozornie totalny nieład stylistyczny. Dodatkowo płócienna torba z buntowniczym nadrukiem „I follow Jesus, but prefer getting drunk with OFF EVENTS” i klasyczna czarna beanie z H&M. Otóż, dla niewtajemniczonych – torbę otrzymałam w ramach współpracy z kieleckim duetem dwóch panów organizujących nieszablonowe imprezy, których z miejsca pozdrawiam w nadziei, że przypadkiem trafili na mój blog i zacierają rączki z darmowej reklamy. Buziaczki chłopcy! Wracając do stylizacji, darowałam sobie wszelaką biżuterię z przekonania, że mogłoby być to stanowczo za dużo, a jedynym dodatkiem są tutaj umalowane usta (nawiasem mówiąc jest to mój znak rozpoznawczy) tym razem na czerwono. 



Dziękuję najwspanialszej Dorocie Banasik za cierpliwość, nieograniczone wsparcie oraz za zdjęcia.

EDIT: Skoro już tak dziękuję to powtórzę się po raz kolejny, tym razem słowa wdzięczności lecą do redakcji Kimono.pl za umieszczenie mnie w Top 5 lookach polskiej blogosfery. Zważywszy na moją króciutką karierę blogerki jest to ogromne wyróżnienie!